Firma działa, ale wszystko zależy ode mnie – co to naprawdę oznacza?
Firma działa, ale wszystko zależy ode mnie – co to naprawdę oznacza?
To zdanie pada z ust właścicieli firm wyjątkowo często. Czasem z dumą, czasem z rezygnacją, a czasem z wyraźnym zmęczeniem. „Firma działa, klienci są, ale gdyby mnie zabrakło, wszystko by się posypało”. Wypowiadane pół żartem, pół serio, a jednak kryje w sobie znacznie więcej niż tylko opis zaangażowania właściciela.
Bo to zdanie bardzo rzadko oznacza, że właściciel jest po prostu ambitny czy pracowity. Najczęściej oznacza coś znacznie głębszego – że firma nie działa jako system, tylko jako przedłużenie jednej osoby.
Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda w porządku. Są klienci, są projekty, pieniądze się zgadzają. Właściciel zna każdy temat, podejmuje decyzje, gasi pożary, rozwiązuje problemy. Jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje. I właśnie dlatego firma funkcjonuje. Tylko że to funkcjonowanie ma swoją cenę.
Z zewnątrz wygląda to jak zaangażowanie. Od środka bardzo często przypomina bycie w centrum pajęczyny. Każda decyzja przechodzi przez jedną osobę. Każde odstępstwo od normy wymaga jej reakcji. Każde ryzyko ląduje na jej barkach. Właściciel staje się wąskim gardłem, nawet jeśli sam tego nie zauważa.
Wielu przedsiębiorców interpretuje to jako naturalny etap rozwoju. I przez jakiś czas faktycznie tak jest. Na początku firmy nie da się zbudować inaczej. Problem zaczyna się wtedy, gdy firma rośnie, a sposób działania pozostaje ten sam.
W pewnym momencie skala zaczyna przerastać możliwości jednej osoby. Pojawia się chaos, zmęczenie, frustracja. Decyzje są podejmowane w biegu, bez pełnej analizy. Priorytety zmieniają się z dnia na dzień. Zespół nie wie, co jest naprawdę ważne, bo wszystko i tak finalnie zależy od właściciela.
Co ciekawe, bardzo często w takich firmach są dobrzy ludzie. Kompetentni, zaangażowani, chcący brać odpowiedzialność. Problem w tym, że nie mają przestrzeni, żeby to robić. Nie dlatego, że ktoś im nie ufa, ale dlatego, że nie istnieje jasny system podejmowania decyzji. Nie ma ram, w których można działać samodzielnie.
W efekcie właściciel robi coraz więcej. Kontroluje, sprawdza, poprawia. A im bardziej to robi, tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że bez niego firma sobie nie poradzi. Powstaje błędne koło.
Często porównuję to do jazdy samochodem, w którym tylko jedna osoba zna trasę. Reszta siedzi na tylnym siedzeniu i czeka. Dopóki kierowca jest wypoczęty, wszystko działa. Gdy się zmęczy, cała podróż staje pod znakiem zapytania.
Prawdziwy problem nie polega na tym, że właściciel jest zbyt zaangażowany. Problem polega na tym, że firma nie została zaprojektowana tak, by mogła działać bez niego w większości decyzji operacyjnych. Brakuje jasnych zasad, procesów, odpowiedzialności. Brakuje odpowiedzi na pytanie: kto, za co i na jakiej podstawie podejmuje decyzje.
W takich firmach często nie ma też klarownego modelu wzrostu. Rozwój odbywa się „bo jest okazja”. Nowy klient, nowy projekt, nowy kierunek. Każda okazja wydaje się dobra, więc firma rozciąga się coraz bardziej, aż zaczyna tracić spójność.
Z czasem pojawia się zmęczenie. Właściciel pracuje coraz więcej, a satysfakcja maleje. Firma formalnie rośnie, ale mentalnie stoi w miejscu. I wtedy zaczyna się pytanie, które wielu boi się zadać na głos: „Czy ja w ogóle buduję firmę, czy tylko miejsce pracy dla samego siebie?”
To moment przełomowy. Bo odpowiedź na to pytanie decyduje o wszystkim, co wydarzy się dalej.
Firmy, które wychodzą z tego etapu, robią jedną kluczową rzecz. Przestają budować biznes wokół osoby, a zaczynają budować go wokół zasad. Porządkują sposób działania, definiują procesy, upraszczają decyzje. Przestają być wszędzie naraz, a zaczynają świadomie wybierać, gdzie ich obecność naprawdę ma sens.
I bardzo często dopiero wtedy okazuje się, że firma może działać sprawniej, spokojniej i bardziej przewidywalnie niż kiedykolwiek wcześniej. Nie dlatego, że właściciel robi więcej. Tylko dlatego, że wreszcie przestaje być jedynym elementem, który wszystko spina.
Bo firma, która naprawdę rośnie, to nie ta, która zależy od jednego człowieka.
To ta, która potrafi działać również wtedy, gdy on na chwilę odłoży telefon.