Wiedza

Dlaczego skalowanie bez strategii kończy się chaosem

skalowanie firmy bez strategii

Skalowanie brzmi dobrze. Więcej klientów, większe przychody, większy zespół. Dla wielu właścicieli firm usługowych to naturalny cel i dowód, że wszystko idzie w dobrą stronę.

Problem w tym, że samo skalowanie nie jest jeszcze rozwojem. I bardzo często właśnie ono staje się początkiem problemów.

Wielu właścicieli wpada w pułapkę, że skoro dziś coś działa, to wystarczy robić tego więcej. Więcej projektów, więcej ludzi. Logika wydaje się prosta. W firmach usługowych B2B ta logika jest szczególnie zdradliwa, bo każdy nowy klient to realne zaangażowanie ludzi, nie kolejna transakcja w systemie. Zwielokrotnienie nie oznacza tu skalowania. Oznacza multiplikację wszystkiego, co działa na styk.

Skalowanie bez systemu przypomina jazdę samochodem na trzecim biegu, z gazem wciśniętym do dechy. Silnik pracuje na maksimum, ale szybciej nie pojedzie. Po czym poznasz, że potrzebujesz zmienić bieg?

Pierwszym sygnałem jest zwykle to, że właściciel przestaje wiedzieć, co dzieje się w firmie. Nie w sensie że traci zainteresowanie. W sensie, że fizycznie nie jest w stanie ogarnąć tego, co jeszcze kilka miesięcy temu kontrolował bez wysiłku. Decyzje podejmowane są w biegu, zespół rośnie, komunikacja się pogarsza. Procesy, które wcześniej „jakoś działały”, przestają wystarczać.

Wtedy pojawia się często poczucie, że firma przerasta możliwości operacyjne właściciela. Zamiast nią kierować, coraz częściej gaszą pożary.

Skalowanie bez systemu obnaża wszystkie słabości organizacji. Gdy nie było jasnego procesu sprzedaży, to sprzedaż zaczyna cierpieć bo właściciel ma na nią mniej przestrzeni. Decyzje które były podejmowane intuicyjnie i często centralnie, zaczynają dusić organizację. Oferta która jest zbyt szeroka, sprawia że marża się rozpływa a obciążenie ludzi rośnie. Coraz trudniej zrozumieć dlaczego jest gorzej, skoro powinno być lepiej, bo firma zarabia więcej.

Bo skala wzmacnia wszystko. To, co działało. I to, co było ukrytym problemem.

Jeśli sprzedaż opierała się na poleceniach i relacjach właściciela, to firma rosła, ale nikt nie potrafi powtórzyć jego metod i nie ma jego relacji rynkowych. Jeśli komunikacja była chaotyczna, to teraz zaczyna być barierą w dowożeniu projektów. Jeśli odpowiedzialności nie były właściwie przydzielone, to teraz zaczyna się przerzucanie winy między ludźmi, bo nikt nie powiedział im jasno gdzie się zaczyna i gdzie kończy ich obszar.

Często widzę firmy usługowe, które wchodzą w etap intensywnego wzrostu bez odpowiedzi na pytania, które powinny paść dużo wcześniej. Kto jest naszym idealnym klientem , bo przecież nie „wszyscy, którzy zapłacą”? Na czym zarabiamy, a co robimy, bo kiedyś się na to zgodziliśmy i jakoś tak zostało? Jak wygląda droga klienta od pierwszego kontaktu do decyzji? Kto za co odpowiada w sprzedaży?

Bez tych odpowiedzi skalowanie zwiększa obciążenie organizacji, ale zyski niekoniecznie.

Im większa skala, tym trudniej się z tego wycofać. Złe decyzje personalne ciągną się miesiącami. Projekty, które nie powinny były wejść, zjadają czas i energię zespołu. Nietrafione inwestycje blokują gotówkę. A presja rośnie, bo firma „musi dowozić”.

I w pewnym momencie właściciel zadaje sobie pytanie, które słyszę niemal w każdej takiej rozmowie. Jak to możliwe, że kiedyś było łatwiej, skoro firma jest dziś większa?

Odpowiedź jest prosta. Kiedyś skala była mniejsza, właściciel mógł osobiście angażować się w większość procesów, więc brak systemu nie był widoczny.

Dziś większa skala wyciąga nieprawidłowości na światło dzienne.

Ale jest drugie pytanie, które pada dużo rzadziej, a powinno paść jako pierwsze. Jak wygląda firma, która skaluje się zdrowo?

Wygląda tak, że właściciel wie, skąd przychodzą klienci. Nie z przeczucia. Pipeline jest przewidywalny, bo ktoś go prowadzi i mierzy. Sprzedaż ma strukturę, którą można pokazać nowemu człowiekowi i powiedzieć: tak to u nas działa. Oferta ma granice bo wiadomo, jakie projekty firma przyjmuje, a jakich nie. Marża nie jest tajemnicą, którą właściciel odkrywa dopiero przy rocznym sprawozdaniu finansowym.

Taka firma nie potrzebuje właściciela przy każdej decyzji. Ma kryteria. Ma procesy. Ma powtarzalność. Właściciel jest zaangażowany, ale nie jest jedyną osobą, od której wszystko zależy.

Różnica między tymi dwoma firmami nie polega na tym, że jedna rośnie, a druga nie. Obie rosną. Ale jedna rośnie w sposób, który da się powtarzać i delegować. Druga generuje z każdym miesiącem więcej chaosu, więcej zależności i więcej zmęczenia u człowieka, który miał budować firmę, a buduje coraz bardziej skomplikowane miejsce pracy.

Skalowanie bez systemu często kończy się tak samo. Nie dlatego, że wzrost jest zły. Dlatego, że bez przewidywalnego mechanizmu wzrost zamienia się w rozpęd, który ciężko kontrolować.

Firma, która wie, jak pozyskiwać klientów, ile kosztuje ją każdy nowy projekt i co się stanie, gdy właściciel wyjedzie na dwa miesiące, to firma która działa w innej rzeczywistości. Większość właścicieli, z którymi rozmawiam, nie jest jeszcze w tym miejscu. Ale wiedzą już, że coś musi się zmienić.

Autor: Łukasz Zjawiński – przedsiębiorca, doradca biznesowy, konsultant sprzedaży B2B i rozwoju firm. Head of Consulting w TechMine – Scale Consulting. Jest twórcą Systemu Sprzedaży B2B SalesMachine. Pomaga przedsiębiorcom zwiększyć skalę działania, pokonać bariery wzrostu i zbudować powtarzalny system pozyskiwania klientów.